|
Jerzy Stuhr
ID
Kto: Jerzy Stuhr
Zawód: aktor, reżyser
Wykształcenie: polonistyka na Uniwersytecie Jagiellońskim, Wydział Aktorski PWST w Krakowie
Data urodzenia: 18 kwietnia 1947
Miejsce urodzenia: Kraków
Bliscy: żona Barbara, córka Marianna, syn Maciej (aktor)
Jerzy Stuhr: trzeba chcieć mówić
Z Jerzym Stuhrem rozmawia Karolina Korwin Piotrowska.
Dlaczego pewnego dnia Jerzy Stuhr zdecydował się zostać aktorem?
Takie rzeczy dzieją się wcześnie, u mnie w dzieciństwie. Recytowałem wiersze (tradycyjna droga: akademie szkolne) i nagle zobaczyłem, że to mi wychodzi lepiej niż innym. Potem zobaczyłem, że bardziej mnie słuchają, kiedy mówię cudzym tekstem niż swoim. To oczywiście podgrzewało narcystyczną część mojej natury. No, a potem to już samo idzie: poznajesz jakichś ludzi, jakieś kółko teatralne, jakiś aktor do ciebie przyjdzie prawdziwy, zobaczysz teatr od strony kulis, i nagle postanawiasz, że to się stanie pasją twojego życia. Ale pasji się trzeba poświęcić, a jak się zaczynasz poświęcać, widzisz ciemne strony: musisz z siebie wyrzucać rzeczy, którymi inni ludzie się nie dzielą, jakimiś sprawami intymnymi. Mało tego, widzisz, że im bardziej intymne rzeczy o sobie opowiadasz, tym bardziej publiczność chce tego słuchać; zadajesz więc sobie pytanie, jak daleko możesz się posunąć, czy może już się wycofać, ale jesteś tak zafascynowany, tak rozkołysany jest twój cały system obserwacji świata, że to zaczyna być twoim losem. Pasja przemienia się w los.
Los do końca życia?
Z tego się jest trudno wycofać. Albo się tęskni - ja tego do końca nie rozumiem, ale mam tak wielu kolegów , którzy szalenie tęsknią, jeśli nie uprawiają tego zawodu. Ja nie mam tej cechy, nie odczuwam, że czegoś mi brak. Mam poczucie, że gdy idę na scenę (bo właściwie wszystko, co tu mówię, dotyczy sceny, to jest prawdziwa sztuka, bo tam trzeba mieć dobre podstawy warsztatowe, a ja jestem z pokolenia, które sobie to niesłychanie ceni), więc co wieczór idąc na scenę sz edłem na jakąś mękę. To mnie kosztowało.
Nerwy?
Najpierw zmęczenie. Psychiczne, potem może troszkę fizycznego, jak już byłem starszy. A w końcu, kiedy stałem się aktorem wiodącym, takim, na którego przychodzi publiczność, zacząłem jeździć po całym świecie, widziałem te tłumy, słyszałem, jak sala szumi, wiedziałem, że oni tu przyszli na mnie i ja ich nie mogą zawieść - współczynnik tremy rósł. To nieprawda, że trema z czasem maleje! I człowiek w wieku bardzo dojrzałym, w jakim ja jestem, zadaje sobie pytanie: dlaczego ten egzamin masz zdawać co wieczór? Dlaczego co wieczór masz zdawać maturę?
Czyli to prawda, co mówią o aktorach, że z jednej strony unoszą się nad ziemią, a z drugiej muszą mieć końcówki nerwów na wierzchu?
To drugie to prawda. Już w szkole teatralnej zaczynamy uczyć młodych ludzi, by z łatwością balansowali swoim systemem nerwowym. To musi być szybki, płynny balans - na tym pole m.in. aktorstwo, że natychmiast, na zawołanie, na zamówienieogoś, kto się nazywa reżyserem, należy "wykonać pewien stan psychiczny". I nie ma gadania. A unoszenie się nad ziemia? Z tym jest różnie.
Artystą się bywa. Ja artystą bywam czasem, jak mi się kogoś wzruszyć, rozśmieszyć. To nawet nie jest poczucie, że jestem artystą, ale że władam - na sekundę - drugim człowiekiem. Mam się wtedy takie uczucie, że się posiadło jakąś tajemniczą moc. Potem jest wyrobnictwo, powtarzanie, repetycje etc. I znowu takie piękne chwile - podobno dla tych chwil warto uprawiać ten zawód. Mówię "podobno", bo ja nie mam w sobie przemożnej chęci grania.
Mówią, że aktorzy to najbardziej nieśmiali ludzie na świecie.
To by trzeba zmodyfikować. Zdarza się, ze aktor ma wyobrażenie o tym, jaki powinien być ktoś, kim nie jest, że tchórz potrafi fantastycznie odegrać odważnego, wstydliwy - rozwiązłego. Jest ta pokusa wejścia psychodramatycznie w inną skórę, przy bardzo dobrym zmyśle obserwacji. Nie głębokim zmyśle, ale bardzo specyficznym. To jest typ voyeryzmu. Ja podglądam ludzi, najchętniej w szczególnych momentach "zmieszania psychicznego": patrzę, jak on zareagował np. obrażony. I taki bank "podejrzanych zachowań" sobie zbierasz. A jeżeli masz jeszcze zdolność odtworzenia tego, ale nie tylko mina, ale systemem nerwowym, temperaturą, potrafisz sobie wyobrazić, co on naprawdę czuł... Pomału nam się tu składa obraz tego, czym się zajmujemy w szkole teatralnej ze studentami. Z niektórymi. Bo to wszystko jest pewnym stopniem wtajemniczenia. Są też studenci, których uczymy tylko dobrze fechtować, jeździć na koniu, dobrze wyglądać etc.
Podobno aktorstwo to idealny zawód dla kabotynów.
Widziałem wielu. Na scenie to widać natychmiast. Jeśli ktoś wynosi się ponad postać, którą gra, bardziej ceni swoje bycie niż bycie w okolicznościach tej postaci, to sobie myślę: ooo, ten to siebie lubi! Bardziej niż swój zawód. Widzę, że koledzy czasem pokazują widzowi, że nim pogardzają, że zostali w coś tu wrobieni... Ale z "koncertami gwiazd" jest ciężko: ja też nagle w pewnym momencie stanąłem przed taką pokusą. W moim ukochanym Starym Teatrze, w którym wszystkiego mnie nauczono, zaczęto mi donosić, że sala przychodzi na mnie, obojętnie jaka sztuka, byle ze Stuhrem. Coś się musiało stać, że publiczność tak zaczęła mnie traktować, a ja na to poszedłem. Ale usłyszałem w głowie dzwonek alarmowy - może dlatego, że to ten teatr, może dlatego, że to Kraków i jego kodeks etyczny.
A co się takiego staje, że aktor - utytułowany, uwielbiany przez publiczność - postanawia spauzować i zacząć znowu "zdawać maturę", czyli zajmuje się reżyserią? Człowiek przez całe życie chce drugiemu coś powiedzieć - rozbawić go, czymś się podzielić. Jeśli nie masz tej chęci, nie zostaniesz aktorem (ja tak patrzę na egzaminach wstępnych: on może mi seplenić, mieć jakieś tam wady, ale czy on mi CHCE COŚ powiedzieć? 90 procent mówi, bo musi, bo na tym polega egzamin). Zaczęła mnie męczyć w aktorstwie częściowa odpowiedzialność za dzieło. Starzejesz się, masz coraz większe doświadczenia, chcesz coś dać ludziom z siebie, no ale gdzie ta odpowiedzialność. I tak sobie pomyślałem: jak ja mam taką okazję, to ja z niej nie mogę zrezygnować .
Nie bał się Pan?
Bardzo. Przecież rzucałem na szalę wszystko: nazwisko, to co do tej pory zrobiłem, znowu stawałem w szeregu debiutantów, narażony na reakcje krytyki. Bo krytyka to nie lubi nuworyszy, przechrztów. Do dziś mi wypominają, choć dzisiaj już bardzo łagodnie. Ale na przykład dziennikarze mówią: to już czwarty pana film. No czy Krzysztofowi Krauze ktoś liczy: To już trzeci pana film? A mnie liczą, jakby chcieli mi powiedzieć, że "ten pana żarcik z reżyserią się przedłuża".
A jak to było ze scenariuszem Krzysztofa Kieślowskiego?
Trwało to półtora roku, zanim się zgodziłem ten film zrobić. Musiałem dobrze przemyśleć, czy ja to będę umiał zrobić, przetrawić w sobie to wszystko. Ale kiedy już się zgodziłem... Zawsze w życiu dojrzewałem do tematu tolerancja/nietolerancja. Wiedziałem, że to jest temat, który na mnie czeka i jest moim kompleksem. Ten film to moja szansa pokazania młodzieży (bo przecież to ona przeważnie te kina zalega), że warto się różnić od innych - bo oni nie chcą, oni chcą się tak samo ubierać, jednakowe chipsy jeść: wszystko uni. Mam szanse pokazać im: ludzie, jaka to radość, jaka to wolność, kiedy nagle zafascynujesz się czymś innym, jak rośniesz w siłę, jaką zdobywasz odwagę! Jestem w pewnym sensie dumny, że odważyłem się na wyeliminowanie z siebie myśli komercyjnych, które zawsze przy robieniu filmów gdzieś tam się kołatały. Mówili mi: czarno-biały, żadnej ładnej młodej dziewczyny, kto na to pójdzie? Bohaterem ma być wielbłąd, któremu ślina cieknie z pyska, czy my go będziemy lubili?
Jak pan sobie wyobraża swojego widza, kto kupuje bilet na pana filmy? Powiedziała to doskonale kierowniczka kina Neptun w Gdyni, po Historiach miłosnych: "Ja bardzo lubię pana filmy, bo po nich nie trzeba sprzątać sali".
Wybrana filmografia
2005: Persona non grata
2003: Show
2003: Pogoda na jutro
2000: Weiser
2000: Duże zwierzę
1999: Kiler-ów 2-óch
1999: Tydzień z życia mężczyzny
1997: Historie miłosne
1997: Kiler
1996: Matka swojej matki
1994: Spis cudzołożnic
1993: Uprowadzenie Agaty
1993: Trzy kolory: Biały
1990: Życie za życie
1989: Deja vu
1988: Dekalog X
1988: Obywatel Piszczyk
1987: Łuk Erosa
1987: Kingsajz
1987: Pociąg do Hollywood
1986: Ucieczka
1986: Bohater roku
1985: Ga, ga: Chwała bohaterom
1984: O-bi, o-ba: Koniec cywilizacji
1984: Rok spokojnego słońca
1983: Seksmisja
1982: Matka Królów
1981: Wojna światów - Następne stulecie
1981: Z dalekiego kraju (From a Far Country)
1981: Przypadek
1980: Wizja lokalna 1901
1980: Ćma
1980: Z biegiem lat, z biegiem dni
1979: Amator
1979: Szansa
1978: Aktorzy prowincjonalni
1978: Bez znieczulenia
1978: Seans
1977: Wodzirej
1976: Blizna
1976: Spokój
1976: Próba ciśnienia
1975: Strach
1971: Trzecia część nocy
Najlepsze strony
http://film.onet.pl/oficjalne/stuhr/
Galeria Foto

08.01.2007 15:12 Jerzy Stuhr to świetny aktor. Moje ulubione filmy z jego udziałem to "Seksmisja" i "Kingsize".Chciałbym zobaczyć Go u Kuby Wojewódzkiego aby zobaczyć jak zachowuje sie naturalnie.
Łuki | 02.01.2005 13:33 Jezy Stuhr jest moim ulubionym aktorem uwielbiam polskie filmy a z nim w roli glownej najbardziej. najwieksze wrazenie zrobil na mnie film pt. "King Size" bez kitu ogladalam go z 10 razy i jeszcze mi sie nie znudzil.... buziaki dla Stuhra sija :D
IneX | 27.06.2004 08:55 Fajny ziom! Spoko podłożył głos do osła ze Shreka ale musiał się tam trochę nagadać.
Wiesia | 31.08.2003 00:48 Jerzy Stuhr ..... HMMMMMMM chyba każdy zna tego aktora. Jest on swietny jako aktor bardzo go lubie i filmy tez z nim w roli glównej. On ma prawdziwy talent. Jego syn również widac, że ma to po ojcu.
Wisnia | 24.05.2002 17:59 Ach, jakiż to wspaniały aktor... Posiada talent, to pierwsza rzecz. A druga - że on ma naprawdę coś do przekazania, potrafi odnaleźć się w granej przez siebie postaci. Nie lubię tych wszystkich młodych aktorów, komercyjnych, dla których liczą się tylko blond włoski i kariera w mediach. Jak dobrze, że jednak w Polsce są jeszcze tacy prawdziwi aktorzy, jak Stuhr.
Valpurgis | [więcej...]
|
 |